Często kiedy jakaś grupa zaczyna piosenkę, ktoś mówi: “trzy cztery”. Całkiem normalnie albo nawet zwalniając typy: “trzy czte ry”.

Czy to ułatwia zaśpiewanie? Na ogół nie. Ma to sens tylko wtedy, kiedy osoba wypowiadajace te słowa – nazwijmy ja sobie dyrygentem – potrafi przekazać informację o tempie utworu, w jakim na się zacząć.

Dyrygent powinien więc odmierzyć dwa równe odstępy czasowe, bo po jednym nie da się odgadnąć jego intencji. Na pewno nie może zwalniać.

Czy tak się dzieje na profesjonalnych koncertach? Czy dyrygent mówi “trzy cztery”?

TAK! Z tym, że nie mówi, a pokazuje – machnie dyskretnie kilka razy, ale ponieważ zespół doskonale wie, w jakim tempie ma zaczać, ogranicza się to do hmm… powiedzmy półmachnięcia.

Zwróćcie też uwagę na koncertach rockowych, co robi perkusista na początku każdego utworu. Uderza w pałeczki. Na ogół czterokrotnie. To jest właśnie jego trzy-cztery, a właściwie raz-dwa-trzy-cztery.

I tutaj odkrywamy tajemnicę tych dwóch słów. To są po prostu dwie ostatnie miary taktu – w tym wypadku utworu na cztery (a takich jest większość; w muzyce rozrywkowej rzadko mamy do czynienia z czymś innym) . Przy walcu albo naszym Mazurku Dąbrowskiego, który liczy się na trzy, powinno sie raczej mówić dwa-trzy, ale kto o to dba.